piątek, 4 września 2015

Zdrowie, kuchnia, uroda, ogród..., czyli co było, kiedy mnie nie było?

zdjęcie pochodzi z mojego Facebooka - klik!
Uwieżcie mi, że wcale nie bawią mnie te ,,dziury" i powroty. Ale w życiu tak jest, że jak coś się sypie, to wszystko. Na szczęście mam sporo nieopublikowanego materiału, którym chcę się z Wami podzielić, więc trzymajcie rękę (sic!) na pulsie i czytajcie dalej.

Od 13 września działo się sporo, choć tego nie planowałam. Po poście o YSC chciałam do Was wrócić w poniedziałek. Jednak od poniedziałku musiałyśmy (z moją mamą) radzić sobie z obowiązkami same (tato na urlopie). Pogoda trwała, słonce grzało ostro, podlewałyśmy sumiennie, więc wszystko na działce rosło jak na drożdżach. W tym maliny, borówki, pomidory i ogórki. Mieczyki, ze względu na wysokie temperatury, nie chciały za bardzo rosnąć.







Do niedzieli byłam zajęta (miałam jeszcze wizyty u stomatologa), ale udało mi się znaleźć wolny wieczór na film (kino letnie po raz pierwszy w mieście <3 ), popołudnie na książkę, poranki na koktajle.

Kto wie, co to za film, niech pisze w komentarzach! :)






Borówki, maliny z jogurtem, bananem czy miodem zawsze dobrze wyglądają i smakują. Korzystałam też w wkładów do domowych lodów i przyznaję, że są świetne. Zdecydowanie polecam: sprzęt łatwo się myje, szybko schnie i jest odporny na niezdarne rączki czy ciasnotę w zamrażalce.

mnie widok takiej ,,mamałygi" nie odraża. A was? 


skład: 150 g malin + 1 duży banan + łyżka miodu (na sześć sztuk)



To nie jest lokowanie produktu! Wedug mnie najlepsze przetwory mleczne (w tym jogurty) ma Bakoma i Piątnica. Krótkie składy, bez mleka w proszku.

Czułam się tak niewyraźnie, jak wyglądam.
W poniedziałek zaliczyłam upadek. Bolesny. Wywinęłam orła, tuż przy przejściu dla pieszych, na szczęście wylądowałam na chodniku. Nie wiem, czy zahaczyłam stopą o wysoki krawężnik, czy co. Tak czy inaczej, poleciałan w całości. Na szczęście miałam długie spodnie, więc na kolanie miałam tylko siniak. Natomiast łokieć konkretnie zbiłam. Momentalnie spuchł i stał się bladofioletowy. Rękę przez dwa dni trzymałam lekko zgiętą, bo każdy ruch prostujący czy zginający powodował ból. Zimno, Altacet i częste okłady doprowadziły łokieć do stanu używalności. Ale przez trzy dni, czytując klasyka, ,,ręka jak złamana". Prawa ręka, a jestem praworęczna, do środy była na urlopie, więc musiałam się umyć, ubrać, uczesać, zjeść lewą. O innych rzeczach (w tym blogowaniu) nawet nie wspominam. 

Dobrze, już nie narzekam. W tygodniu grałam z badmintona i dostałam lotką (a lotka była wypchana plasteliną dla poprawy długości lotu) w lewe oko. Obyło się bez pogotowia, zaczerwienie zeszło, łuk mam cały.

Co tam łokieć, co tam oko! Wczoraj miałam wyrywaną górną ósemkę. Po raz pierwszy (i póki co) ostatni. Obawiałam się, czy będzie konieczne usuwanie chirurgiczne, ale wszystko poszło szybciutko i łatwo, mimo, że ząb rósł prostopadle i nie w łuku. Teraz przede mną już tylko kontrola i czekanie, aż dziąsło się zaślepi. 


Z pozytywnych rzeczy: łapałam sierpniowe słońce, skróciłam włosy (samodzielnie jak zawsze) i spędziłam przedłużony weekend w rodzinnym gronie (Karolino, pozdrawiam Cię ciepło).






Koniecznie dajcie znać, co ciekawego działo się u Was.
Rozpaczacie nad końcem wakacji i upływającym latem?
A może jeszcze macie wolne? :)

Pozdrawiam,
Paulina


*Partnerem posta jest strona Droga do Siebie

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz