środa, 2 marca 2016

Podsumowanie lutego: ferie, Warszawa i makijażowa porażka!


Luty, mimo roku przestępnego, minął jak błyskawica. Tym bardziej, że zajęć nigdy nie brakuje. Praca licencjacka, sesja, wyjazdy... Ale wiosna już tuz-tuż, co nie?

Dzięki (w moim przypadku) krótkiej sesji egzamiancyjnej mogłam szybciej wrócić w rodzinne strony i resztę przemiotów zdać pisemnie w formie prac. Oddech od dużego miasta raz na jakiś czas bardzo mi sprzyja i przynosi wiele radości, jeśli spędzam go z najbliższymi. 






Jestem wielką domatorką i trudno jest mi się rozstać z przestrzenią urządzoną na własną modłę. Z drugiej strony lubię podróże, zwlaszcza te związane z celem i zadaniem do wykonania. Szczęście mi dopisało i (aż wstyd się przyznać, że po raz pierwszy) zawitałam do Warszawy! Wyjazd udał się bardzo dobrze, jestem pod wrażeniem stolicy. Załuję tylko, że czas tak szybko minął. Na blogu pojawi się relacja z mojego pobytu i od razu zapowiadam, że już planuję kolejny :)




Wśród wielu obowiązków nie zabrakło czasu na małe przyjemności. W lumpeksie kupiłam obrusy i poszewki, na mieście kapcie i drobne kosmetyki, w Biedronce środki czystości i matę śniadaniową. Do biblioteki latałam co drugi dzień. Jeśli kiedykolwiek narzekałam na słaby stan ich zbiorów, odszczekuję to!




Luty był także ciekawym miesiącem pod względem blogowym. Mieliście możliwość skorzystania z kodu rabatowego, który StrefaUrody.pl stworzyła specjalnie dla moich czytelników. A interesujące Was teksty z ubiegłego miesiąca to:



Kwiaty zawsze poprawiają humor (nawet meteopatom). Zakamuflowane w formie kosmetyku też dają radę. Próbowaliście już coś od firmy Vianek?




Ludzie mówią, że jogurty zimą to nieeee, bo wychładzają....ale jaka to zima?! Ja trzymam się swoich upodobań i uparcie twierdzę, że maliny z jogurtem, shake lub zimny smoothie zawsze jest dobry! Będąc w Rzeszowie znów skoczyłam po drodze do Joguterii w Galerii Rzeszów i nowy smak gruszki z cynamonem jest bardzo dobry :)






W Rzeszowie byłam też z moją przyjaciółką na kawie. Zawitałyśmy do przemiłego baru Hola Lola tuż przy Rynku. Przepyszne cappucino i kanapki z hummusem. Polecam gorąco!



Lola w Loli - zapraszam na jej insta: https://www.instagram.com/monixx9/






A teraz brawa dla kosmetycznej porażki miesiąca! Paulina skusiła się na kredeczki do brwi z Golden Rose. Dlaczego? Gdyż zapomniała spakować przed wyjazdem z Krakowa swoich sprawdzonych produktów do tego celu. ,,Wszyscy mówią, że pudrowe cienie do brwi z GR spoko, że fajnie je mieć na polskim rynku, to i kredki nie powinny być gorsze. Kredki do ust mają dobre..." - pomyślała. Poszła do drogerii. Widzi kredki z Golden Rose (czarne) i z ich drugiej podfirmy Classics (srebrne). Bierze srebrną kredkę z kolorze gorzkiej czekolady. Patrzy tylko na końcówkę, nie otwiera kredki, bo jest dobrze wychowana. Testera nie ma. Płaci 5,30 zł i wychodzi.

Otwiera kredkę w domu. Testuje na ręce. Widzi rudy pobłysk i zaczyna się denerwować. Mówi: ,,spokojnie, wypróbujesz na brwi, jeszcze zobaczymy". Chwile pózniej myje ręce. Kredka nie schodzi. Myje naczynia. Kredka nie schodzi. Szoruje ręce. Kredka zeszła, ale na miejscu nałożenia zostały ślady. Kredka jest bardzo twarda, boli przy nakładaniu. Nie można budować koloru. Nie jest woskowa. Fatalnie się struga i masz wrażenie, że jest cała połamana w środku, bo wręcz nie da się jej zastrugać.




Paulina ma fioletowe brwi. Kolor nie pasuje ani do jej rzęs, ani do koloru brwi, ani do włosów.


Paulina idzie po inny odcień kredki. Patrzy na kredki w czarnym kolorze, która ma identyczne końcówki i taką samą gamę kolorystyczną jak te srebne. Paulina bierze najciemniejszy odcień, czyli czarnobrązowy. Płaci 5, 30 zł, Paulina powtarza czynności. Kredka jest tak samo słaba jak poprzednia. Paulina ma czarne brwi, które również nie pasują do jej karnacji i włosów. 

Paulina nie kupuje kredek Golden Rose.

Moja historia nie ma być głosem wywołującym batalię przeciw GR. Być może są osoby, którcyh zadowalają te kredki. Mnie, niestety, nie. Czarną muszę mieszać z inną kredką, by nie wyglądać sztucznie. Denerwuje mnie to, że obie linie są takie same, mają tylko inne opakowania, a kolory na opakowaniu są różne od ich finalnego koloru.


Natomiast tu mamy porażkę, ale zamierzoną! Skończyłam wosk do brwi i szukałam polskiego produktu tego typu - który nadawałby się pod lub na makijaż brwi, czesałby włoski i utrzymywał je w jednym miejscu i niebyłby wodą. Czytałam o tej odżywce z firmy Celia u Aliny Rose - i dla mnie nadaje się idealnie. Nie robi skorupy, na brwiach jest berbarwna i ma całkiem niezłą szczoteczkę. Odżywka, która rzęsom nic nie wnosi, brwiom daje bardzo wiele.


Kochani, ode mnie to już wszystko. Daj znać, co ciebie zbulwersowało lub pozytywnie zaskoczyło w ostatnich tygodniach. Czekam na komentarze.

Do następnego,
Paulina

PS Zapraszam teraz także na Twittera: https://twitter.com/dobrebozpolski



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz